Świat należy do przyjaciół

To wioska samowystarczalna. Z własnym lekarzem, piekarzem i… teatrem. – Jesteśmy w poprzek konsumpcjonizmu – mówią w Wolimierzu. – Nie mamy potrzeby posiadania władzy, mamy za to potrzebę tworzenia.

Świat należy do przyjaciół Jemiołka dostała swoje imię od Tatiany, siostry Olgi Tokarczuk. Olga opowiadała im o Erze Wodnika. Dookoła panoszył się socjalizm, ale w gwiazdach, mówiła, zapisane jest, że odrodzą się związki człowieka z naturą, że znikną granice między państwami, że zapanuje tolerancja.

– Wymyśliłyśmy wtedy z Tatianą wioskę, w której wszyscy się znają. Samowystarczalną. Z własnym lekarzem, piekarzem, no i własnym teatrem – uśmiecha się Jemiołka. Wciąż pociągająca, choć przecież kawał czasu minął od dnia, kiedy zdała do szkoły teatralnej. – I tak się stało. Mamy taką wioskę. Konstancja właśnie dlatego tu zamieszkała. Zakochała się w Wolimierzu od pierwszego wejrzenia. Nie ona jedna.

– Mam sąsiadów z Trójmiasta, Olsztyna, Bydgoszczy, Indii, Niemiec i Holandii, prawdziwy tygiel, a wszystkich nas łączy pewien szczególny stosunek do świata: jesteśmy jakby w poprzek konsumpcjonizmu – wyjaśnia. – Nie mamy potrzeby posiadania władzy, mamy za to potrzebę tworzenia.

Wskrzeszenie rytuałów

Zanim Jemiołka odkryła Wolimierz, ta niewielka wieś na pograniczu Łużyc i Pogórza Izerskiego była na prostej drodze do tego, by podzielić los takich miejsc, co powoli przestawały być sobą, bo starzy byli coraz bardziej starzy, a młodzi mieszkali w coraz bardziej odległych miastach. W końcu autobusy stały się rzadkie, a tory kolejowe całkiem rozebrano. Nie były już potrzebne, odkąd pociągi przestały przyjeżdżać. W polu został tylko zabytkowy dworzec.

reklama

Ludzie wyjeżdżali. Mimo to Wiesia Dowchań postanowiła wrócić.

– Wiesia była pierwsza. Bo była stąd. Gdyby nie wróciła, pewnie nie byłoby Wolimierza – mówi Wiktor Wiktorczyk, lider głośnego Teatru „Klinika Lalek”.

– Ona jest motorem tutejszych inicjatyw. Dzięki niej wszyscy tu przyjechaliśmy. My z Jemiołką pierwsi, ale dziś mówienie o Wolimierzu tylko w kontekście Teatru byłoby krzywdzące. Dziś Wolimierz to znacznie szersze zjawisko.

Jemiołka i Wiktor mieszkają na Stacji Wolimierz – najbardziej znanym miejscu na całym Pogórzu. W opuszczonym dworcu przeznaczonym do rozbiórki, który stał się sercem Międzyplanetarnego Królestwa Sztuki – z galerią i teatrem. Dzięki Stacji osiedla się tu coraz więcej niezwykłych ludzi.

Konstancja Uniechowska straciła dla Wolimierza głowę w jednej chwili. Mieszka w prawdziwym zabytkowym łużyckim domu. Ściany w kratkę: drewniany szkielet wypełniony gliną, piętro na przysłupach, spadzisty dach.

– To cudowny dom do mieszkania. Pochłania zapachy. Nigdy nie czuć w nim nawet papierosów. Jest ciepły, piękny i naturalny. Z lokalnych materiałów: glina z podwórka, słoma od sąsiada. Żadnego plastiku – cieszy się Konstancja. Radosna, zachwycająca, prawdziwa arystokratka, której dorastać przyszło pośród najbardziej niezwykłych postaci naszych czasów.

W drodze z Warszawy do Amsterdamu zatrzymała się w Wolimierzu, żeby poznać Wiktora. Namówiła ją Maja Kejo, przyjaciółka z… Hawajów, która ma na Pogórzu dom i bywa w Wolimierzu. Konstancja zachwyciła się tym miejscem. Wiktor powiedział, że jest tu dom do sprzedania. Zastanawiała się godzinę.

Rzeźby i obrazy w starym dworcu.– Mieszkałam w wielu miastach; Warszawie, Meksyku, Toronto, ale dopiero tu jest przestrzeń. Tu poznałam, co to znaczy żyć z ludźmi. Z sąsiadami. Co to znaczy żyć w pięknym miejscu, bez wielkiej płyty. Co znaczy żyć twórczo, bo tutaj wszyscy są artystami – prowadzi mnie na poddasze. Dwie malarki wpadły właśnie, żeby popracować nad przygotowaniem obrazów na wystawę. Właściwie miały malować naprzeciwko, ale u Konstancji jest lepsze światło.

Na początku mieszkania w Wolimierzu w książce Henryka Wańka Jemiołka znalazła myśl, która przyświeca jej do dziś: „Inna Przestrzeń otwiera się przed nami, gdy jakimś miejscom nadajemy szczególne znaczenie, gdy Sztuka unosi nas ponad obiegową zwyczajność”. I właśnie to się dzieje w Wolimierzu.

To magiczna kraina. Ma w sobie to „coś”, co każe ludziom być niezwykłymi.

Początki były trudne, ale nie brakowało jej entuzjazmu. Mieli małe dziecko, wodę ze studni i kilka kilometrów do jedynego telefonu w okolicy. W Mirsku. W takich warunkach latem 1995 roku przygotowali Festiwal „Ekotopia” we współpracy z European Youth Forest Action. Z całego świata zjechało 400 osób, by przez trzy tygodnie tworzyć osadę ekologiczną… Na początku miejscowi bali się, że przyjadą jacyś chuligani.

– A oni wybrali wszystkie śmieci z rzeki, kupowali od rolników sery i warzywa – wspomina Jemiołka. W Wolimierzu śpiewali Staszek Sojka, Mietek Szcześniak, Justyna Steczkowska. Nie trzeba stąd wyjeżdżać, by dotknąć gwiazd z telewizji.

– W Wolimierzu wszyscy, poza dziećmi, które tu się urodziły, są przybyszami. Najstarsi przyjechali jako osadnicy wojenni z I Armii Wojska Polskiego. Tylko pani Kawowa jest stąd, bo tu się urodziła. I tu pozostała – Konstancja snuje plany, żeby nakręcić film o tych ludziach. – Bo kiedy odejdą, odejdzie pamięć tego miejsca. A ono nie ma spisanej historii, nikt nie będzie wiedział, jak tu było przez pierwsze powojenne pół wieku.

Maski z Teatru „Klinika Lalek”.Barbarzyńcy w ogrodzie

To była ziemia bez kultury, bo własną utraciła, a nowej nie było. We wspomnieniach pierwszych osadników Konstancja odkryła, że rozpoczęli od rytuałów.

– Kiedy tu przyjechali transportami Akcji Wisła, chodzili po polach ze świętym obrazem – relacjonuje. – Oswajali ten świat, który rozumiał przecież tylko obcą, niemiecką mowę. Oswoili ziemię, ale wciąż tęsknili do innej, własnej, gdzieś za horyzontem. Na ziemi bez kultury ludzie nie potrafią się ukorzenić. Ale dziś rosną. To znaczy, że się udało.
Kobiety z Wolimierza spotykają się często, żeby rozmawiać o sztuce i o ogrodach. Bo ogrody to nowa moda na Pogórzu. Łączą w sobie to, co najważniejsze: naturę i sztukę.

– W moim ogrodzie Mandali odkryłam nowy rodzaj sztuki – malowanie konewką – śmieje się Jemiołka. – A kiedy ogrody wyrosną, będziemy pilnować, żeby po nich nie przejechały tiry.

– Wybudowali nam już pod nosem kopalnię kruszcu, wybudowali kolej gondolową na Stóg Izerski. Do kopalni przywyknąć się nie da. Kolej nocą wygląda jak złoty wąż – uśmiecha się Konstancja – więc się z nią pogodziliśmy.

– Ale zabetonować się nie pozwolimy. Jeździmy do Warszawy, do ministrów, żeby uratować naszą górę, którą chce rozplantować kopalnia kruszcu. A tu za oknem są takie łąki, że profesorowie z Berlina odkrywają na nich endemity [unikalne gatunki, na przykład roślin – przyp. red.]. Tu była taka bieda, że niektórych łąk nikt nie kosił od 60 lat.

Łąki, domy przysłupowo-zrębowe, górskie potoki pełne minerałów, legendy o zielarzach, średniowieczne, piastowskie jeszcze tradycje. Z tego wszystkiego krok po kroku tkają projekt ekomuzeum. To największy taki projekt na Dolnym Śląsku: od Kopańca po Stankowice, w poprzek granicy.

– Będzie można wędrować od przygody do przygody i dotknąć tego, jak tu żyjemy. Pójść szlakiem laborantów albo szalonego wynalazcy z Pobiednej, hrabiego Gersdorfa – opowiadają. – Pierwszy szlak, z Frydlantu do Czerniawy, już wyznakował i opisał nasz przyjaciel, czeski malarz Zbynek, bo nasza Unia Izerska to międzynarodowa wspólnota. Szlak połączy Stankowice, gdzie Moritz buduje z gliny, Wolimierz, gdzie działa Stacja Wolimierz i Wiktora „Klinika Lalek”, Gajówkę, gdzie w Pięciu Stronach Świata tańczą w kręgu i uczą jogi, Kopaniec z rekonstrukcją średniowiecznego grodziska, Kłopotnicę…

Będzie można wędrować pieszo albo pojechać autobusem. Tego lata wolontariusze, studenci z całego świata przyjeżdżają na WorkCamp, żeby zbudować pierwszy z serii przystanków w łużyckim stylu. Planują kupić jeden z łużyckich domów, wyremontować i urządzić tak, jak wyglądał w XVIII wieku.

Konstancja Uniechowska przed swoim domem na Jemiołowej 53.Emigranci

Zanim to nastąpi, organizują kolejne spotkania: od Wiejskiego Jarmarku Izerskiego w Przecznicy, przez Festiwal Harmonii na Stacji Wolimierz, na którym obok będą mogli wystąpić ze swoimi płodami rolnymi sąsiedzi Jemiołki. „Klinika Lalek” pewnie znowu pobije rekordy oglądalności na YouTube.

– Czy ja jestem jeszcze emigrantką, czy już jestem stąd? – zastanawia się Jemiołka. – Urządzam teraz ogród.
Latem na Stację Wolimierz przybywa mnóstwo turystów. Chcę dzieciom z miasta pokazać, jak rośnie bób, len, marchewka – że nie bierze się z supermarketu. Chodzę do sąsiadki po nawóz. Kurzy, bo ma dużo azotu. I rozmawiamy. Z każdym posadzonym drzewem czuję się bardziej zakorzeniona. Jemiołka nie mogłaby już mieszkać w mieście.

– Mieszkałam w Katowicach, potem we Wrocławiu. Nauczyłam się, że w mieście człowiek żyje po to, żeby zarobić na wyjazd w okoliczności przyrody. Albo pracuje całe życie, żeby na stare lata odłożyć na domek.

– Moim zdaniem wszyscy przyjechaliśmy tu z podobnych pobudek: chcemy żyć pośród ludzi takich jak my, ludzi, którym potrzeba działania i tworzenia. Chcemy żyć pośród niezwykłego, niezniszczonego krajobrazu. Chcemy widzieć, jak dojrzewa kultura, którą to właśnie my tutaj szczepimy.
No i nie ma w całej Polsce drugiego miejsca, w którym przetrwałoby aż tyle pięknych domów – wylicza Konstancja. – To magiczna kraina. Tkwi w niej to „coś”, co każe ludziom być niezwykłymi. To klasyczna kulturowa emigracja. Przecież przyjechaliśmy tu nie z powodu wojny czy poszukiwania pracy. Przyjechaliśmy sadzić ogrody. Konstancja opowiada o tym przyjaciołom z Buenos Aires czy Nowego Jorku, a oni się dziwią.

– Jak możesz żyć bez koncertów? – pytają. – Bez muzeum, bez kina? A ja mam malarzy w domu, na koncert do Wolimierza przyjeżdżają Kormorany i Izrael. W kościele śpiewa Mietek Szcześniak, najlepsze trupy teatralne ze świata prowadzą tu warsztaty, Zbigniew Libera robi zdjęcia do swojej fotoksiążki. Pokaże ją w Nowym Jorku, ale fotografował u mnie, za domem!

Sylwia Hanff, pani filozof z Krakowa, zamieszkała obok, żeby uczyć medytacji w labiryncie, Wiesia Dowchań z Markiem Wąsem urządzają galerię sztuki użytkowej w przedwojennym zajeździe, można u nich kupić ręcznie robione meble, kute kraty i artystyczną odzież, Baszka Hanff uczy vedic artu, Roli Mosimann prowadzi profesjonalne studio nagraniowe.

– Jak mogłabym zamienić to miejsce na inne? – rozkłada ręce Konstancja.
– Gdzie jest drugie takie miejsce, w którym możesz kształtować rzeczywistość do samej głębi? Zresztą moja mama zawsze powtarzała: „świat jest niewielki i należy do przyjaciół”. I dobrze w takim świecie zamieszkać.

Skarb

Kiedy Konstancja zabrała się za remont swego domu, w murze odkryła puszkę. A w niej skarb – ponad sto fotografii. Niektóre z tych zdjęć, sądząc po strojach i mundurach, zrobiono jeszcze w drugiej połowie XIX wieku.

– I tak dom w tej jednej chwili pozwolił mi poczuć radość odkrycia, jak małej dziewczynce. A potem pokazał kawał swojej historii. Historii tych, co w nim mieszkali przed wojną. Pani Kawowa pamięta niektórych ze swojego dzieciństwa… – zamyśla się Konstancja. – To było jakby symboliczne wypełnienie kręgu. Świat, który obrósł nową kulturą, przypomniał sobie także o tej, którą mieliśmy za utraconą.

– Są w świecie pewnie równie piękne miejsca – zgadza się Jemiołka – ale tu jest potencjał. Myśmy go wykorzystali. Tworzymy kulturę, bo wraz ze światem, który się stąd oddalał, kultura zanikała. Jakby się zwijała. Tworzymy ją w harmonii z naturą. Szukanie harmonii to dla mnie ekologia głęboka. A to oznacza zadawanie sobie poważnych pytań… Zdałam sobie sprawę z tego, jak pogubiony może być młody człowiek w mieście, przecież nigdy boso nie chodził po rosie. Zdałam sobie sprawę, że nie muszę poprawiać świata. Że nie musi być równo. W przyrodzie nic nie rośnie równo. Równo sadzą maszyny. Ty możesz sadzić krzywo. Naprawdę.

Kiedy była na studiach, miała swoją mistrzynię: Judith Malina, współtwórczynię „Living Theatre”. Minęły lata. Przestała istnieć żelazna kurtyna. „Living Theatre” przyjechał do Polski. Jemiołka pojechała na warsztaty, a potem swoją mistrzynię przywiozła do Wolimierza. Wieczorem, w tipi, przy ognisku, Judith powiedziała:

– Całe życie chciałam żyć tak jak wy – razem, pośród przyjaciół, pośród natury, w takiej wiosce, która ma swoją piekarnię i ma swój teatr. Ale nie udało mi się… mieszkam w Nowym Jorku.

Wtedy Jemiołka zrozumiała, że to dobra droga.


Grzegorz Kapla

Źródło: Wróżka nr 11/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl